'Szczęśliwa skóra' Adina Grigore - czy warto przeczytać?

Szanowni Państwo, dzisiaj przed Państwem występuje Jej Wysokość, Markotna Księżniczka, Moja Skóra.

Akt pierwszy: Moja Skóra leży niedbale na selzongu, od czasu do czasu wachluje się gęsimi piórami i wzdycha. Na scenę dziarsko wchodzi Moja Prawa Ręka, kłania się w pas i mówi:

- Wasza Wysokość, to jam jest, Rycerz Zakonu Pomocników Skóry, Roland Ręka Prawa!
- Czy przybyłeś uwolnić mnie z mego ucisku?
- Zaiste, o, Pani! Co zechcesz, to zrobię! Makijaż zmyję, maseczkę nałożę, kremik wklepię... Wybieraj!
- Spraw, abym szczęśliwą się stała...
- O, to ja jednak skoczę zabić jakiegoś smoka, co?


szczęsliwa skóra adina grigore


Macie szczęśliwe skóry? Ok, dziwnie to brzmi. To może inaczej: czy jesteście zadowolone ze stanu swojej skóry? Bo ja nie do końca. Dlatego gdy rzuciła mi się w oczy książka Adiny Grigore 'Szczęśliwa skóra', długo się nie zastanawiałam. Przeczytałam ją bardzo szybko i póki jestem na świeżo, to trochę Wam o niej opowiem. Czemu? Bo gdybym wcześniej wiedziała to, co zaraz napiszę, nie wydawałabym na nią 24.99 zł. Może to nie majątek, ale wiecie ile czekolad można kupić za 24.99??!!

Co mi się nie podoba w książce pt. 'Szczęśliwa skóra'?
 Uwaga, spoilery ;)

 1. Truizmy

To książka nie dla mnie. Może dlatego, że już sporo wiem na temat naturalnej pielęgnacji, odpowiedniego odżywiania itepe, w końcu od tego zaczął się mój blog, od poradzenia sobie z wysypem krostek nieznanego pochodzenia, potem walka z migreną za pomocą diety, no a od kilku miesięcy przyplątało się hashimoto, więc temat jedzenia powrócił. Wydaje mi się, że wiem i czytam o wiele więcej niż powinnam, żeby zachować równowagę psychiczną (jedz mięso, nie jedz mięsa, pij mleko, nie pij mleka, oddychaj, nie oddychaj... mogłabym tak długo), a ta książka w połowie składa się z zaleceń na temat prawidłowego odżywiania i stylu życia. I to żadne rewolucyjne i odkrywcze tematy, tylko jedz zieleninę, pij wodę, unikaj fastfoodów, nie pij coli, ćwicz trochę. O pielęgnacji podobnie. Używaj samych naturalnych produktów, bo formaldehyd, azbest i ołów to zło. Kto by pomyślał!?

2. Dziwne rady

Ta książka nie jest dla mnie również dlatego, że nie używam zbyt wielkiej ilości kosmetyków. Autorka sugeruje przynajmniej jedną dobę bez makijażu, co u mnie jest na porządku dziennym. Natomiast jej minimalizm kosmetyczny, to już dla mnie lekkie przegięcie, ponieważ nigdy nie będę myła skóry i włosów samą wodą (tak, dobrze słyszycie, bez szamponu, bez mydła, ale zwykłą wodą z kranu). Zadziwiła mnie też radą dla osób z trądzikiem, żeby wykonywały peeling drobnoziarnistą solą morską. Z tego, co wiem, mechaniczne peelingi przy trądziku są zupełnie odradzane, a dodatkowo nie wyobrażam sobie robić peelingu twarzy solą, bo to dziadostwo bardzo drapie! Raz spróbowałam, dziękuję, dwa dni chodziłam czerwona jak burak, chociaż starałam się być najdelikatniejsza na świecie! Zaskoczyło mnie również polecanie manualnego oczyszczania u kosmetyczki (od kiedy wyciskanie krost dobrze działa na skórę?!) oraz absolutna pewność, że żadne oleje nie zapychają porów ('Naturalnie oleje nie zapychają porów, ale je odżywiają'). No i na końcu: 'Zepsuty kosmetyk [domowy, z kuchennych składników] nie będzie groźny'. Oh, really?! I to ja wyłapałam, kosmetyczny laik, a co dopiero kosmetolog z odpowiednią wiedzą?! Co o tym myślicie?

3. Piąte przez dziesiąte

Nie podoba mi się też bardzo powierzchowne podejście do większości zagadnień. Autorka każdy temat trąca po łebkach i mam wrażenie (graniczące z pewnością), że więcej wartościowych informacji na temat skóry i jej funkcjonowania znajdziemy na wyspecjalizowanych blogach, niż w tej książce. Na przykład dowiedziałam się, że żyjąc w gorącym klimacie jesteśmy narażeni na poparzenia słoneczne, niskie temperatury wysuszają skórę, zimny wiatr powoduje jej pękanie, a "jeśli mieszkasz na dużej wysokości, słońce działa mocniej, jest bardzo zimno, a wiatr wieje silniej." A to ci niespodzianka! Często też sobie zaprzecza, raz pisze, że dla zupełnie szczęśliwej skóry należy odstawić wszystkie kosmetyki, raz, że nie musisz nic zmieniać. Raz, że osoby używające dużo różnych kosmetyków pielęgnacyjnych mają z reguły lepszą skórę, bo dostarczają jej różnych składników, a następnie sugeruje skrajny minimalizm. Raz, że należy wybierać tylko naturalne produkty, a za chwilę przyznaje się, że sama używa zwyczajnej kolorówki, nie organicznej (czyżby dlatego, że jej firma nie produkuje kosmetyków kolorowych?). Trochę zamieszania. Odnoszę też wrażenie, że autorka dużo mówi, a mało ma do powiedzenia, sporo powtarza. Pierwszą część książki, czyli te teoretyczne rozważania, mogłaby streścić na kilku stronach.

Co mi się podoba w książce pt. 'Szczęśliwa skóra'?

1. A moment on the lips, forever on the... skin

Cieszę się, autorka pisze o tym, jak wielki wpływ na skórę (oraz zdrowie całego organizmu) ma dieta. Że nie same kremy, nie tylko zabiegi u kosmetyczki, bo to czubek góry lodowej, ale to, co jemy i pijemy w dużej mierze decyduje o stanie naszej skóry. Autorka sugeruje też prowadzenie dziennika diety, coś w rodzaju jedzeniowego pamiętnika, czyli przez kilka dni zapisujesz wszystko co zjadłaś. Wszystko. Nawet garść orzeszków w czekoladzie. Nawet jednego michałka. Nawet kostkę czekolady (czy jest tu ktoś, kto potrafi zjeść tylko kostkę?!). Przerabiałam to stosując dietę eliminacyjną przy leczeniu migreny. Co prawda z migreny mnie nie wyleczyło, ale przekonałam się jak wiele rzeczy zjadam gdzieś w locie i potem o nich zapominam. Albo raczej wypieram je ze świadomości. Taki dziennik to świetna sprawa, żeby przyznać się przed sobą, jak wygląda Twój codzienny jadłospis. Zaręczam Ci, że się zdziwisz. 

Sama się przekonałam, że niektóre pokarmy bezpośrednio wpływają na skórę. Gdy pierwszy raz byłam we Włoszech, to (nie ma się czym chwalić...) kompletnie nie używałam żadnego kremu z filtrem przez równiutki tydzień. Moje marzenie się spełniło, pierwszy raz Włochy, Morze Tyrreńskie, plaża, pizza i wino. Za dużo emocji, żeby myśleć o przyziemnych rzeczach. Skórę mam jasną, w ciepłym odcieniu, średnio podatną na oparzenia, ale taka dawka słońca nie mogła nie pozostawić żadnego śladu. No i zostawiła, ale na mężu, który po dwóch dniach wyglądał jak wielki, jęczący pomidor, bo spaliło go na czerwono. Moja skóra delikatnie zabarwiła się na zdrowy, jasno brązowy kolor. Długo zastanawiałam się, co mogło być przyczyną. Dopiero po powrocie do Polski doczytałam, że to AWOKADO, którym zajadałam się w ilościach hurtowych już przed wyjazdem. A we Włoszech? Wielkie, dojrzałe, pyszne awokado jadłam minimum raz dziennie. Nie dość, że słońce mnie nawet lekko nie przypiekło, to piękna opalenizna utrzymywała się wyjątkowo długo. I choć nie planuję już smażyć się na plaży bez kremu z filtrem (bo to było zupełnie bezmyślne), to jednak to doświadczenie przekonało mnie, jaki wpływ na skórę ma jedzenie. Nie wierzycie? Spoko, ja też bym nie uwierzyła, gdybym nie doświadczyła tego sama.

Oprócz diety, autorka wymienia inne czynniki decydujące o zdrowiu skóry (i całego organizmu), czyli stres, geny, miejsce zamieszkania, hormony. Podoba mi się takie holistyczne podejście. Na każdym kroku podkreśla też, że każdy z nas jest inny. To, co sprawdziło się u jednej osoby, nie sprawdzi się u drugiej. Jedni są weganami, inni postawili na raw-food, jeszcze inni na dietę paleo. Autorka nie krytykuje żadnej z tych dróg, o ile są dla Ciebie dobre, a nie zmuszasz się i jesteś nieszczęśliwy. Zaznacza jedynie, że im mniej przetworzone jedzenie tym lepiej.

2. Brzydka prawda o marketingu

Cieszę się, że w książce zostały opisane regulacje prawne (albo raczej ich brak) w branży kosmetycznej (co prawda w USA, ale to i tak plus). Człowiek na co dzień nie ma czasu się nad tym zastanawiać, a tu jak na talerzu podane. Wspomniane zostały też określenia takie jak 'hipoalergiczny', 'naturalny' czy 'organiczny', które to hasła na etykiecie, to tylko chwyt marketingowy, niczym nie regulowany. Dwie strony zostały poświęcone rozszyfrowywaniu etykiet (mało, mało!, ale dobre i to). I brzydkie zagrania marketingowców z branży kosmetycznej też się pojawiają. 


3. Przepisy na domowe kosmetyki

To najfajniejsza część całej książki - proste receptury na maseczki, peelingi, balsamy z kuchennych produktów. Konkretnie i na temat. Co prawda, nie podoba mi się fakt, że autorka nie wzięła pod uwagę pH przy produkcji kosmetyków. Jednak dla mnie najcenniejsze są pomysły na maseczki i peelingi. Bo choć uwielbiam naturalną pielęgnację, to wcale mi nie służy w 100%. W moim przypadku najlepiej się sprawdza trochę tego i trochę tamtego, czyli wyluzowanie i wybranie złotego środka. Przez jakiś czas byłam restrykcyjnym ekomaniakiem i nie wyszło mi to na dobre. Czytanie składów i świadoma pielęgnacja to jedno, ale rwanie włosów z głowy nad jednym składnikiem w śladowych ilościach, kiedy cały kosmetyk świetnie działa, to drugie.


Podsumowując: Mam wrażenie, że to książka dla kogoś, kto stawia swoje pierwsze kroki w kwestii zdrowego odżywiania i naturalniej pielęgnacji. Porusza wiele ważnych tematów, ale się w nie nie zagłębia. Lubię drążyć temat, lubię wiedzieć, dlaczego coś ma miejsce, dlaczego poleca to, czy tamto, a właśnie tego mi brakuje. Wyjaśnienia. Na plus są wszystkie receptury domowych kosmetyków, ale, tak szczerze, czy nie znajdziemy podobnych w sieci? Wiecie, że uwielbiam naturalną pielęgnację, ale nie potrafiłabym funkcjonować wg restrykcyjnych zaleceń autorki. Dlatego jeśli o moje zdanie chodzi, to książki nie polecam. Żałuję, bo liczyłam na coś zupełnie innego. 

Czytałyście 'Szczęśliwą skórę'? Bardzo chętnie poznam Wasze zdanie na jej temat. Możecie mi polecić jakieś fajne książki na temat pielęgnacji skóry? 

28 komentarzy:

  1. Łagodnie ją potraktowałaś :) Czytałam bardziej bluźniercze opinie na temat te księgi :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja odwrotnie, w większości spotykałam się z zachwytami "love, love, love <3333" aż się zastanawiałam, co ze mną nie tak :D Ale z każdą stroną coraz bardziej entuzjazm opadał. A naprawdę byłam pozytywnie na nią nakręcona!

      Usuń
    2. I ja również do tej pory czytałam same zachwyty, słodsze niż słoik miodu! :) Dorwałam w Biedronce, przeczytam, ale jak mówiłam - teraz troszeczkę się jednak obawiam. Mam jednak wrażenie, że na pewno będzie to lepsze lektura niż książka Skin Coach - wystarczą mi już wpisy pani Bożeny, by nie lubić książki nim ją trzymam w dłoniach :D

      Usuń
    3. No właśnie ostatnio migają mi reklamy Skin Coach, ale jeszcze nie ogarnęłam tematu, co to i kto to :D Napisała książkę?

      Usuń
  2. Książka nie dla mnie tzn. nie wniosłaby nic, czego nie wiem. Za to masz rację, dla kogoś, kto wchodzi dopiero w etap pielęgnacji i pragnie wiedzieć więcej pod pewnymi względami stanie się może nie tyle początkiem, co rozpoznaniem terenu.

    W ostatnim czasie kupiłam Skórę pełną blasku Lancera Harolda oraz Skóra. Fascynująca historia Adler Yael. Jestem w trakcie czytania tej drugiej, początek jest obiecujący choć akurat Karminowe Usta wyłapała kilka konkretnych błędów merytorycznych i ciekawe, czy wydawnictwo coś z tym zrobi. Bo wypadałoby.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta druga na pewno do mnie trafi. Czytałam recenzję Karminowych Ust i jestem jej bardzo wdzięczna, bo moja wiedza jest zbyt mała, by zwrócić uwagę na takie rzeczy, a teraz będę czytać uważniej. Dzięki za pierwszy tytuł, będę się rozglądać :)

      Usuń
  3. Mnie jakoś nie ciągnie do tej książki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem niewiele tracisz :)

      Usuń
  4. A mi się książka bardzo podobała. Może rzeczywiście niewiele nowego wniosła do mojego życia ale przyjemnie mi się czytało ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, czytało się bardzo szybko. Jednak trochę mnie nużyło jej restrykcyjne podejście. Najważniejsze, że sprawiła Ci przyjemność :)

      Usuń
  5. Tak czy siak zamierzam ją przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie! To tylko moja opinia :) Daj potem znać, czy spełniła Twoje oczekiwania.

      Usuń
  6. Czuję się wezwana do zgłoszenia - potrafię zjeść jedną kosteczkę czekolady! (Ale zostaw przy mnie czipsy ;) ).
    Jakby do mnie sama przyszła to pewnie przeczytałabym, ale po Twoim opisie nie będę jej specjalnie szukać. A szkoda, seria "historia wewnętrzna" zapowiada się ciekawie, książka o jelitach jest genialna!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spoko, ja potrafię zjeść jednego czipsa :D
      A widzisz, mogłam Ci od razu pożyczyć, może wyłapałabyś więcej szczegółów?!

      Usuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o ludu wszelaki na każdym blogasku ten koment jest....

      Usuń
  8. Hihi a ja zazwyczaj jem jedną-dwie kostki czekolady :P Kupuję taką super gorzką soloną i jak mnie najdzie ochota to trochę skubnę, ale zazwyczaj tabliczka leży dwa, trzy tygodnie.
    Wygląda na to, że to kolejna książka właściwie dla początkujących "ceromaniaczek", ale czytana głównie przez te bardziej doświadczone dziewczyny. Podobne wrażenie miałam czytając ostatnio "Sekrety urody koreanek" - milusia, śliczna książka, dużo fajnych rad, ale dla mnie totalnie nic nowego. I te błędny, drobne i mało znaczące, ale jednak :/ Chyba odechciało mi się kupować kolejne książki o skórze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mistrz z tą czekoladą :D
      No właśnie marzy mi się taka książka z wiedzą. Skorzystam z rad Hexxany i kupię te dwa wspomniane przez nią tytuły.

      Usuń
  9. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  10. hehe ja swoją skórę traktuję jak księżniczkę na ziarnku grochu:D jak ma na sobie gram makijażu to od razu protestuje skubana i nie spocznie dopóki jej nie oczyszczę:) ostatnio jednakowoż wspomagam się lekturą Sekrety Urody Koreanek:) to dopiero zacne jest:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie też nie może być za długo podkładu normalnego. Chyba, że minerałki :D

      Usuń
  11. Anonimowy18:40

    Z tego co piszesz, to faktycznie gniot ;), takie rady można wyczytać wszędzie w internecie lub czasopismach dla dziewcząt. Z jedną rzeczą jednak się nie zgodzę: że mechaniczne oczyszczanie u kosmetyczki jest złe. Ja uważam , że nie, a dzięki uporczywemu wyciskaniu, wyciskaniu, i jeszcze raz wyciskaniu wągrów na nosie /u kosmetyczki ale też sama/ po prostu pozbyłam się tego naprawdę. I radzę każdemu nie wierzyć w jakies dziwne rady ale też zakazy :)
    A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, nic odkrywczego. Z tym wyciskaniem to mam na myśli wielkie ropne krosty. Przez wyciskanie mogą się roznieść pod skórą i na skórze. :)

      Usuń
  12. Bardzo chciałam tę książkę przeczytać, ale po Twojej recenzji rezygnuję, bo widzę, że ja też za wiele się z niej nie dowiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się w takim razie, że moja recenzja pomogła Ci w decyzji <3

      Usuń
  13. Rok temu chciałam wejść w posiadanie tej ksiązki, sądziłam,że może skrywać w sobie bogactwo cennych rad i jakieś zaklęcia na bolączki cery. Książkę dorwałam w połowie 2016, o dziwo w bibliotece i to małej jak budka wartownicza. Szok i niedowierzanie, ale wypożyczyłam zanim "sen" się zakończył. Przeczytałam i przyznam szczerze, że temat marketingu był opisany dobrze, ale te porady ocierają się o herezję. Pamiętam, że czytając ją na dworze żar lał się z nieba a w radiu poruszali temat o diecie Paleo, kiedy dziennikarz na Trójce zagłębiał się w wytyczne odżywiania ja czytałam o myciu włosów wodą. Książka od tej pory kojarzy mi się z jaskiniowcami. Jeju co ja Ci tu wpisuję. Uciekam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha rozumiem Cię doskonale :D Tak, marketing też mi się podobał, ale większość nie bardzo. Zwłaszcza to mycie samą wodą i zero kosmetyków oprócz oleju - ok, jeśli ktoś mieszka w puszczy. Codziennie jesteśmy narażani na tyle syfu w powietrzu, w wodzie... Bez przesady. Lubię kosmetyki naturalne, ale nie lubię skrajności.

      Usuń
  14. Ja dla skóry mam wodę z filtra redox fitaqua, woda ta działa na poziomie komórkowym, działa chroniąc przed działaniem wolnych rodników co ma oczywiście swój wyraz w tym jak skóra wygląda.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz.

Copyright © 2016 Balbina Ogryzek , Blogger